Info

avatar


Mam na imię Tomek vel tomstar opisuję tutaj moje duże, średnie i mniejsze wyjazdy rowerowe. Jeżeli chcesz mi potowarzyszyć zapraszam do lektury i komentarzy. Pochodzę z Pleszewa, nie za dużej miejscowości w Wielkopolsce niedaleko Kalisza i Jarocina. Jeżdżę przede wszystkim po asfalcie, a wyjazdy traktuję jako wycieczkę i przygodę. Towarzyszy mi mój Giant, a w trasy staram się wyjeżdżać z przyjaciółmi.


Przejechałem już: 50800.48 kilometrów
W tym w terenie: 604.00
Moja średnia prędkość: 25.75 km/h .
Więcej o mnie.

DODAJ WPIS
PROFIL
WYLOGUJ
KANAŁ RSS

WYSZUKAJ NA BLOGU TOMSTAR

button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl


Archiwum bloga

Wpisy archiwalne w kategorii

Z MIŁOSZEM|

Dystans całkowity:6298.70 km (w terenie 419.00 km; 6.65%)
Czas w ruchu:277:57
Średnia prędkość:22.66 km/h
Maksymalna prędkość:71.00 km/h
Suma podjazdów:41118 m
Suma kalorii:163149 kcal
Liczba aktywności:87
Średnio na aktywność:72.40 km i 3h 11m
Więcej statystyk
  • DST 65.50km
  • Czas 02:58
  • VAVG 22.08km/h
  • VMAX 57.48km/h
  • Temperatura 18.0°C
  • Kalorie 1341kcal
  • Podjazdy 318m
  • Sprzęt Giant Contend SL 2
  • Aktywność Jazda na rowerze

Śniadanie w Kaliszu

Niedziela, 27 czerwca 2021 · dodano: 27.06.2021 | Komentarze 0

Dziś ponownie zaplanowaliśmy wypad na śniadanie do Kalisza. Udało namówić się resztę ekipy i tak jak za dobrych czasów pojechaliśmy wszyscy razem. Umawiamy się na 6 rano, po drodze w Brzeziu zabieramy Gajora i boczkami lecimy na Kalisz. Jedziemy sobie spokojnie, typowo wycieczkowo. Czysta przyjemność. Trochę pogadaliśmy. Pauzę zrobiliśmy na stacji. Zjedliśmy parówę i wypiliśmy radlerka. Chwila odpoczynku i wracamy. Tak samo spokojnie i powoli. Odprowadziliśmy Gajorka i wróciliśmy do domu. Świetna ekipa i świetna wycieczka.

Ekipa
Ekipa © tomstar
Rowerki na pauzie
Rowerki na pauzie © tomstar


  • DST 62.00km
  • Czas 02:44
  • VAVG 22.68km/h
  • VMAX 61.59km/h
  • Temperatura 23.0°C
  • Kalorie 1226kcal
  • Podjazdy 280m
  • Sprzęt Giant Contend SL 2
  • Aktywność Jazda na rowerze

Śniadanie w Kaliszu

Niedziela, 20 czerwca 2021 · dodano: 20.06.2021 | Komentarze 0

Miłosz znowu zaczął jeździć rowerem i starym zwyczajem zawsze w niedziele rano leci na parówę do Kalisza. Postanowiliśmy pojechać razem. Umawiamy się o 6 rano na rynku. Jedziemy wcześnie, bo dziś ponownie z nieba ma się lać żar. Trzeba w miarę szybko wrócić do domu. Jedziemy sobie spokojnie, boczkami do Kalisza. Dojeżdżamy na stację na wlocie do miasta. Tam kupujemy sobie parówę i radlerka. Chwilę posiedzieliśmy i wyruszyliśmy z powrotem. Tak samo boczkami wróciliśmy do domu. Jest plan, żeby w przyszłym tygodniu skrzyknąć resztę ekipy i wyskoczyć razem. Kroi się fajny, duży wyjazd.

Na trasie
Na trasie © tomstar
Przed startem
Przed startem © tomstar
Selfik
Selfik © tomstar


  • DST 73.14km
  • Teren 65.00km
  • Czas 05:06
  • VAVG 14.34km/h
  • VMAX 40.02km/h
  • Temperatura 5.0°C
  • Kalorie 5664kcal
  • Podjazdy 1751m
  • Sprzęt Giant Roam 2 Disc
  • Aktywność Jazda na rowerze

Bike Orient Niegowa - Jura Krakowsko - Częstochowska

Sobota, 8 października 2016 · dodano: 09.10.2016 | Komentarze 4

Ostatni w tym roku Bike Orient zawędrował do Jury Krakowsko - Częstochowskiej, a dokładnie do miejscowości Niegowa. Niestety w tym sezonie udało nam się wystartować tylko raz. Także ostatnich zawodów nie mogliśmy sobie odpuścić. Pojechaliśmy tylko we dwóch. Ekipa nam się jakoś wykruszyła, ale delegacja pojechała, tym bardziej, że mieliśmy zaległe nagrody do zawiezienia. Rowerki uszykowaliśmy już w piątek i auto czekało gotowe na podwórku. Umówiliśmy się na czwartą rano, dlatego musiałem wstać już o trzeciej. Wypiłem kawę, zjadłem coś i pojechałem po Miłosza. U niego małe pakowanie i ruszyliśmy w trasę.

 4 rano przed wyjazdem
4 rano przed wyjazdem © tomstar
Było zimno i mokro i cały czas padał deszcz. Praktycznie przez całą drogę. Pogoda nie była raczej ciekawa i nie zapowiadało się, że może się wypogodzić. Pojechaliśmy na Częstochowę, a na miejscu byliśmy już o 7:30. Dobrze, bo musieliśmy zanieść nagrody i rozwiesić baner Domeru. Pierwsze co zrobiliśmy to napiliśmy się gorącej kawy i zjedliśmy śniadanie. Uczestnicy zaczęli się dopiero zjeżdżać. Odebraliśmy pakiety startowe i zaczęliśmy szykować rowery. Cały czas w deszczu.
Na miejscu, szykujemy się
Na miejscu, szykujemy się © tomstar
Rowerek już gotowy
Rowerek już gotowy © tomstar
W międzyczasie przyjechał nasz znajomy z trasy Przemek. Przywitaliśmy się i chwilę porozmawialiśmy. Przed startem miałem dylemat czy jechać swoim rowerem czy pożyczyć od Wojtka. W końcu postanowiłem pojechać swoim mimo, że mam sztywny widelec i muszę zmienić opony. Rowerek i tak pójdzie na duży przegląd, a felgi i szprychy wymagają wymiany, więc mogę spokojnie trochę go dzisiaj pokatować. Czekamy na start. Poszliśmy pod duży namiot gdzie miała odbyć się odprawa i rozdawanie map.
Rozdawanie map
Rozdawanie map © tomstar
Przygotowaliśmy się do startu, wysłuchaliśmy wszystkich informacji i zabraliśmy mapy. Stanęliśmy sobie z boku w małym namiocie i zaczęliśmy analizować mapy. Mieliśmy mały dylemat jak pojechać, bo punkty były bardzo specyficznie rozmieszczone i trasa nie wydawała się wcale oczywista. Można było wyznaczyć wiele opcji przejazdu i trafić w trasę optymalną było trudno. Chwilę nam zajęło wyznaczyć trasę. Ale w końcu postanowiliśmy zacząć zbierać punkty na południe od Niegowa, a potem pojechać na zachód i złapać punkty rozmieszczone nad miastem startu. Wyznaczając trasę staraliśmy się omijać punkty umieszczone w lasach, bo nawigacja po licznych i krętych ścieżkach nie idzie nam za dobrze. Nie było to łatwe, bo dużo punktów rozmieszczonych było właśnie w lesie. Lecimy na punkt oznaczony jako numer 6, niestety w środku lasu. Odbijamy z duktu i szukamy. Na cale szczęście spotkaliśmy jeszcze kilku innych zawodników i wspólnymi siłami znaleźliśmy punkt.
Pierwszy punkt 6 - Koniec ścieżki
Pierwszy punkt 6 - Koniec ścieżki © tomstar
Odbijamy karty i jedziemy dalej. Teraz kierujemy się na punkt oznaczony jako numer 9 Róg lasu. Trzeba przyznać, że teren trudny i bardzo dużo górek. A jak dodamy jeszcze, że większość trasy przez lasy otrzymamy przepis na duże zmęczenie. W lasach jest bardzo mokro i dużo błota, ścieżki są śliskie. A podjazdy i zjazdy stają się przez to niebezpieczne. Na trasie nie spotykamy teraz za dużo uczestników. Dojeżdżamy na miejsce i szukamy punktu. Dojechał do nas jeszcze jeden rowerzysta i szukamy razem. Troszkę błądzimy, ale słyszymy na górce głosy, w kierunku których się udaliśmy. To tam jest punkt.
Podczas szukania drugiego punktu
Podczas szukania drugiego punktu © tomstar
Drugi punkt 9 - Róg lasu
Drugi punkt 9 - Róg lasu © tomstar
Wracamy do rowerów. Spotykamy jeszcze ekipę, która także właśnie przyjechała i nawzajem sobie pomagamy. My im pokazujemy gdzie mają szukać, a oni doradzili nam żebyśmy nie jechali drogą, którą oni właśnie przybyli. Jest tam straszne błoto i ciężko się przebić. Postanawiamy więc trochę dołożyć drogi i pojechać w przeciwną stronę, ale za to ubitą, dobrą drogą. Wybór był bardzo dobry. Ponieważ gdy wyjechaliśmy na asfalt okazało się, że mamy kilkukilometrowy zjazd w kierunku miejscowości Zdów. Zatrzymujemy się jeszcze na chwilę żeby zjeść batony i lecimy. Pięknie i bardzo szybko lecimy na dół. Po drodze mijamy kilku rowerzystów, którzy mozolnie wspinają się pod górę. Do trzeciego w naszej kolejności punkty dojeżdżamy bardzo szybko i łatwo. Dobrze, bo zdobycie dwóch pierwszych zajęło nam półtora godziny. Tu także spotykamy innych rowerzystów. Razem podejmujemy punkt i jedziemy dalej.
Trzeci punkt 5 - Skraj Młodnika
Trzeci punkt 5 - Skraj Młodnika © tomstar
Cofamy się na czerwony szlak, który ma nas zaprowadzić prosto i szybko do kolejnego punktu. Piękną asfaltową drogą dojeżdżamy pod ruiny zamku. Wspinamy się na górę i łapiemy punkt. Robimy tutaj trochę zdjęć, bo widok przedni i chwilę odpoczywamy. Wokoło pełno skał wystających z lasów. Po drodze mijaliśmy także inny zamek. Bardzo tutaj pięknie.
Czwarty punkt 12 - Podstawa skały
Czwarty punkt 12 - Podstawa skały © tomstar
Zamek przy punkcie
Zamek przy punkcie © tomstar
I teraz mamy dylemat, bo kolejny punkt umieszczony jest znowu w środku lasu. Dodatkowo prowadzi do niego wiele krętych ścieżek. Znając nasze szczęście na pewno pobłądzimy i stracimy dużo czasu żeby go znaleźć. Szukamy innego rozwiązania. Liczymy punkty i próbujemy wymyślić jaki inny punkt możemy dodać, żeby mieć wymagane jedenaście. Niestety nic nie wymyśliliśmy, każda zmiana doda nam wielu kilometrów, a ten punkt mamy praktycznie pod nosem. Trudno, próbujemy, najwyżej trochę się zakręcimy. Postanawiamy po raz kolejny dodać trochę kilometrów, ale jechać asfaltem i od jak najbardziej dogodnej strony wbić się w las. Jednak po drodze postanawiamy zaryzykować i załapać jedną ze ścieżek, która w teorii powinna doprowadzić nas prosto na punkt. Oczywiście trochę źle skręciliśmy i odbiliśmy około kilometra w bok. Jednak bardzo szybko orientujemy się w terenie i zawróciliśmy w dobrym miejscu. Punkt znaleźliśmy w miarę szybko, wbrew temu czego się obawialiśmy. Poszło nam bardzo łatwo.
Piąty punkt 3 - Koniec ścieżki
Piąty punkt 3 - Koniec ścieżki © tomstar
Wyjeżdżając z lasu spotkaliśmy małżeństwo, które przyjechało na grzyby. Pokazali nam gdzie pojechać, aby najszybciej dostać się do Żarek gdzie mieścił się bufet. Dojeżdżamy do asfaltowej ścieżki, która wiedzie przez środek lasu. Muszę przyznać, że infrastruktura rowerowa w tej okolicy jest świetna. Wszędzie pełno asfaltowych ścieżek, wszystko pięknie oznaczone. Dzięki tym ścieżkom można szybko i łatwo przemieszczać się pomiędzy ważniejszymi punktami Jury. Lecimy szybko do Żarek. Tam znajdujemy punkt kontrolny, na którym jest bufet. Byłem tak głodny, że zjadłem chyba wszystko co tam mieli. Batony, placki, banany i ciepłą herbatę. Troszkę tutaj odpoczęliśmy i pojechaliśmy dalej.
Szósty punkt 1 - Bufet
Szósty punkt 1 - Bufet © tomstar
Teraz kierujemy się na punkt oznaczony jako 18 - Dół. Jest on także w lesie, ale dojeżdżamy łatwo trzymając się czerwonego szlaku. Jednak znalezienie samego punktu już nie poszło tak łatwo. Brak dobrego wymierzenia dystansu spowodował, że trzy razy odbijaliśmy w las żeby znaleźć oznaczony rów. W końcu się udaje i wracamy na ścieżkę, którą jedziemy dalej w kierunku jaskiń.
Siódmy punkt 18 - Dół
Siódmy punkt 18 - Dół © tomstar
Tutaj jest już bardzo łatwo, bo do kolejnych dwóch punktów prowadzą szlaki rowerowe. Oczywiście wszystko pięknie wyasfaltowane. Idzie nam dobrze i niestety wykrakałem, że wybraliśmy świetną trasę, bo mamy dużo drogi z górki i łatwo się jedzie. Dojechaliśmy do jaskini, do której prowadzi mała ścieżka. Jest tutaj krzyż, ławeczki, miejsce na ognisko i parking. Widać, że miejsce często odwiedzane. Przy okazji czekał na nas tutaj fotograf, więc będziemy mieli fajne zdjęcia z podejmowania tego punktu. Podbijamy karty i lecimy dalej.
Ósmy punkt 4 - Jaskinia Ostrężnicka
Ósmy punkt 4 - Jaskinia Ostrężnicka © tomstar
Jaskinia Ostrężnicka
Jaskinia Ostrężnicka © tomstar
No i się zaczęło. Mimo, że do kolejnej jaskini prowadzi nas asfaltowa ścieżka zaczynają się strome podjazdy. Podjeżdżamy na największych przerzutkach żeby w końcu się poddać i podprowadzać rowery na nogach. Całe szczęście, że po takim podjeździe zawsze był jakiś zjazd. No ale zawsze potem czekała kolejna górka. Stwierdzamy z Miłoszem, że jesteśmy już zmęczeni. Pogoda, zimno i deszcz dawał się we znaki. Górki zrobiły swoje i mimo, że nogi tak nie bolą to odczuwamy ogólny brak energii. Do kolejnej jaskini prowadzi szlak czarny. Skończył się asfalt i zaczęła się śliska trawa i błoto, oczywiście wszystko na podjazdach. Tutaj też często prowadzimy rowery. U podnóża góry spotykamy Przemka z ekipą, który doradza nam zostawić rowery i iść na górę na nogach. I dobrze, bo do samego punktu prowadzi kręta, śliska ścieżka. Wspinamy się wysoko, znajdujemy punkt i wracamy do rowerów.
Dzięwiąty punkt 2 - Jaskinia
Dziewiąty punkt 2 - Jaskinia © tomstar
Flaga była dość dobrze schowana, bo trzeba było wejść do środka jaskini i w dodatku poszukać odpowiedniej jamy gdzie flaga wisiała. Teraz analiza którędy jechać na dwa ostatnie punkty. Widząc jakie są tu górki postanowiliśmy tak wyznaczyć trasę żeby jechać jak najwięcej asfaltem. Strome podjazdy na pewno lepiej pokonuje się na drogach niż na błocie w lesie. Dobrze zrobiliśmy, bo nawet na asfalcie trzeba było prowadzić rowery. Na pewno w lesie byśmy tak łatwo nie przebyli potrzebnego dystansu. Dwa ostatnie punkty zdobywamy w miarę łatwo. Nie musieliśmy ich za mocno szukać. Wyzwaniem było tylko dostanie się do nich i pokonanie górek.
Dziesiąty punkt 11 - Jabłoń
Dziesiąty punkt 11 - Jabłoń © tomstar
Jedenasty punkt 10 - Jar
Jedenasty punkt 10 - Jar © tomstar
Z ulgą znajdujemy ostatni, jedenasty punkt. Mamy komplet na trasę Mega, ale czas mamy ponad siedem godzin. Trzeba przyznać, że trasa ciężka i warunki zrobiły swoje. Widać to nawet po wynikach najlepszych zawodników, którzy na przejechanie trasy Mega potrzebowali coś ponad cztery godziny. A trasę Giga z kompletem punktów ukończył tylko jeden zawodnik. Robimy sobie zdjęcia, nawzajem sobie gratulujemy i wracamy do domu.
Mamy komplet
Mamy komplet © tomstar
Niestety teraz popełniamy ostatni błąd. Nie chcąc wracać lasem pod górkę i kierować się w stronę asfaltu postanowiliśmy pojechać ścieżką dalej i wyjechać praktycznie przy samej Niegowej. Wracając dołożylibyśmy jeszcze spokojnie około 10 km. Jednak droga do domu była bardzo trudna. Same błotniste pola i górki. Praktycznie cały czas prowadzimy rowery, a przerzutki są tak zalepione błotem, że ich nawet nie widać. Gdy udało nam się wyjechać na asfalt nie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy. Dodatkowo Miłosza złapał taki skurcz, że musiał się położyć, a ja naciągałem mu nogi. Podeszliśmy pod ostatnią górkę, zorientowaliśmy się w terenie i skierowaliśmy do bazy. Na całe szczęście mamy piękny asfalt z górki prosto do mety. Lecimy już spokojnie na koniec, ciesząc się, że wracamy i w duchu przyznając, że był to bardzo trudny orient. Na metę wpadamy z czasem 7 godzin i 20 minut. Od razu idziemy do kuchni polowej po gorącą grochówkę. Dopiero po zjedzeniu ciepłego posiłku zabieramy się za czyszczenie rowerów i przebieranie się w suche ciuchy.
Rowerki na mecie
Rowerki na mecie © tomstar
Rowerki wyglądały jak na zdjęciu powyżej. Na szczęście była woda żeby je umyć. Doprowadzamy się do stanu używalności i idziemy na kiełbasę z ogniska. Smażymy sobie po dwie, zabieramy chleb i herbatę. Teraz możemy odpocząć i czekać za wynikami. Jeszcze wielu rowerzystów jest na trasie, a zwycięzcy trasy Giga dopiero wjeżdżają na metę ledwo łapiąc się w limicie czasu.
Ognisko z kiełbasami
Ognisko z kiełbasami © tomstar
Mimo tego, że zdobycie wszystkich punktów zajęło nam tak dużo czasu zajmujemy 38 miejsce na 128 zawodników. Jesteśmy zadowoleni, bo komplet zebrało zaledwie 48 rowerzystów. Reszta ma dziewięć, osiem i mniej punktów kontrolnych. Na trasie Giga rywalizowało natomiast tylko 20 rowerzystów. Także wynik bardzo dobry. Na podsumowanie muszę napisać, że ten Orient był najtrudniejszy na jakim byłem. Mimo tego, że już ostatnio jeździliśmy po górach, to dziś było o wiele trudniej. Pogoda dołożyła swoje pięć groszy, a teren nie pomagał. Błoto na trasie, trudne podjazdy i bardzo sprytnie rozstawione punkty wystawiły nas na trudny egzamin. Jesteśmy dumni, że mamy komplet i kończymy trasę bez awarii i z dobrym humorem. Zakończenie sezonu na prawdę z grubej rury.
Scena i banerki
Scena i banerki © tomstar
Czekamy jeszcze na oficjalne zakończenie i rozdanie nagród, które wraz z firmą Domer ufundowaliśmy. O 19 wyruszamy do domu, a o 23 jesteśmy na miejscu. Zrobiliśmy 73 kilometry, prawie o 20 więcej niż przewidywała trasa optymalna. Zrobiliśmy też dwa inne punkty niż na optymalnej, ale w sumie poszło nam całkiem dobrze. Dzięki Miłosz, że razem pojechaliśmy, było super.


  • DST 83.41km
  • Teren 2.00km
  • Czas 03:29
  • VAVG 23.95km/h
  • VMAX 49.61km/h
  • Temperatura 18.0°C
  • Kalorie 2043kcal
  • Podjazdy 1557m
  • Sprzęt Giant Roam 2 Disc
  • Aktywność Jazda na rowerze

Keszowanie

Niedziela, 14 sierpnia 2016 · dodano: 14.08.2016 | Komentarze 0

Jak sobie obiecaliśmy tak dziś zrobiliśmy. Wróciliśmy z Miłoszem do Tlokini na keszowanie. Umówiliśmy się na 5 rano. Pojechaliśmy tak samo boczkami w stronę Kalisza. Dość szybko dojechaliśmy do Tłokini i zaczęliśmy szukać. Są tutaj cztery kesze w samym parku. Zaczynamy od tylnej bramy, potem objazd wokół ogrodzenia i kończymy przy bramie wjazdowej. Wszystkie cztery kesze podjęte bardzo szybko. Postanawiamy podjąć jeszcze trzy po drodze, ale pierwszy, na który trafiliśmy był tak zakleszczony, że nie szło go wyciągnąć. Namęczyliśmy się i wkurzeni w końcu zrezygnowaliśmy. Straciliśmy tylko  czas więc postanowiliśmy resztę odpuścić i jechać już do domu. Przejechaliśmy przez Kalisz , parówa i kawa na stacji i droga prosta do domu. Wracało się ciężko, bo mieliśmy pod wiatr, który zaczął mocno dmuchać. Dokulaliśmy się do domu punktualnie o 10.
Wschód słońca
Wschód słońca © tomstar
Jak zwykle selfik
Jak zwykle selfik © tomstar
Kesz numer 1
Kesz numer 1 © tomstar
Kesz numer 2
Kesz numer 1 © tomstar
Kesz numer 3
Kesz numer 2 © tomstar
Kesz numer 3
Kesz numer 2 © tomstar
Kesz numer 3
Kesz numer 3 © tomstar
Przy bramie
Przy bramie © tomstar
W Gołuchowie na tamie
W Gołuchowie na tamie © tomstar


  • DST 122.41km
  • Czas 04:46
  • VAVG 25.68km/h
  • VMAX 45.88km/h
  • Temperatura 22.0°C
  • Kalorie 3324kcal
  • Podjazdy 1053m
  • Sprzęt Giant Roam 2 Disc
  • Aktywność Jazda na rowerze

Boczkami

Niedziela, 24 lipca 2016 · dodano: 24.07.2016 | Komentarze 0

Dziś wymiana współtowarzysza podróży. Wczoraj pojechałem z Baką, a dziś z Miłoszem. Zaplanowaliśmy sobie trasę totalnymi bokami. Jak zawsze do Kalisza i Ostrowa, ale tym razem omijając miasta i nie jadąc ścieżkami. Pojechaliśmy w tereny gdzie w sumie jeszcze nie byliśmy, niby wszystko blisko domu, ale zawsze jakoś jechaliśmy głównymi drogami. Także dziś spokojny spacerek, po spokojnym terenie, bocznymi drogami. Umawiamy się na 5 rano i lecimy na Tursko, potem na Piotrów. Wszystko wzdłuż trasy na Kalisz. Od rana raczej chłodno i troszkę mi zimno, bo nie wziąłem bluzy, ale jak się później okazało dobrze zrobiłem, bo gdy wyszło słońce zrobiło się na prawdę ciepło. Z Piotrowa odbijamy na Tłokinię. Tutaj zatrzymujemy się przy ładnym pałacyku. Robimy zdjęcia i przy okazji sprawdzamy kesze. W samym tylko parku wokół pałacu jest ich aż cztery, w dalszej okolicy kolejne kilka. Dziś nie ma na to czasu, ale za dwa tygodnie musimy tutaj wrócić z większą ekipa już na zbiory. Potem jedziemy na Opatówek, jemy kiełbachę na stacji i dalej bokami na Ostrów. Jest rewelacja, cisza, ciepło, ptaki śpiewają. Na prawdę bardzo rekreacyjna trasa. Dojeżdżamy do Lewkowa i tędy już znanymi drogami do domu. W Pleszewie wkręcamy jeszcze do plant na zdjęcie i do domu. Mamy dobry czas, bo chwilę przez 11 jesteśmy w domu.
Wschód słońca
Wschód słońca © tomstar
Wschodzące słońce
Wschodzące słońce © tomstar
Przed pałacem w Tłokini
Przed pałacem w Tłokini © tomstar
Takim oto autkiem podjechała młoda para
Takim oto autkiem podjechała młoda para © tomstar
W parku w Tłokini
W parku w Tłokini © tomstar
Widoczek
Widoczek © tomstar
Trasa gdzieś tam :)
Trasa gdzieś tam :) © tomstar
I dwa selfiki
I dwa selfiki © tomstar
Już blisko domu
Już blisko domu © tomstar
W naszych plantach
W naszych plantach © tomstar
Widoczek na staw w plantach
Widoczek na staw w plantach © tomstar


  • DST 62.57km
  • Czas 02:30
  • VAVG 25.03km/h
  • VMAX 51.29km/h
  • Temperatura 20.0°C
  • Kalorie 1636kcal
  • Podjazdy 378m
  • Sprzęt Giant Roam 2 Disc
  • Aktywność Jazda na rowerze

Ostatnia droga na amortyzatorze

Środa, 20 lipca 2016 · dodano: 20.07.2016 | Komentarze 0

Umówiliśmy się dziś z chłopakami na mały wypad. Mieliśmy zrobić kółeczko na 60km. O 20 Miłosz piszę, że odrobinę się spóźnią, więc ja już gotowy wskoczyłem na rower i przejechałem się wokół miasta i zrobiłem 15km. Wróciłem pod dom i zaczekałem na chłopaków. Założyłem jeszcze bluzę, bo troszkę chłodno. Pojechaliśmy standardem na Janków potem na Chocz. Jechało się przyjemnie. Zero wiatru, lekki chłodek. W Choczu jednak Gajor stwierdza, że chce skrócić trochę trasę, bo tyle mu na dziś wystarczy. Zatrzymaliśmy się więc pod Dino w Choczu, chwile odpoczęliśmy i pojechaliśmy razem do domu. Dziś też była ostatnia jazda na amortyzatorze. W drodze do mnie jest sztywny widelec Mosso, który już jutro zagości na moim rowerze. Strasznie jestem ciekaw tej zmiany i już nie mogę się doczekać.
Zachód słońca
Zachód słońca © tomstar
Zachód słońca
Zachód słońca © tomstar
Na moście przed Jankowem
Na moście przed Jankowem © tomstar
Przed Dino w Choczu
Przed Dino w Choczu © tomstar


  • DST 101.55km
  • Czas 04:11
  • VAVG 24.27km/h
  • VMAX 54.65km/h
  • Temperatura 20.0°C
  • Kalorie 3573kcal
  • Podjazdy 280m
  • Sprzęt Giant Roam 2 Disc
  • Aktywność Jazda na rowerze

Bardzo wcześnie rano

Niedziela, 17 lipca 2016 · dodano: 17.07.2016 | Komentarze 0

Wczoraj był duży firmowy grill, więc dzisiaj trzeba było to wszystko spalić. Wracamy na stare tory i jak zawsze umawiamy się na poranną stówę w niedzielę. Spotykamy się o 5 rano, bo Milosz chce do 10 wrócić do domu. Jak zwykle ruszamy z rynku, jadę ja, Baka i Miłosz. Kierujemy się na Raszków. Od rana jest trochę chłodno, ale nie jest tak źle. Szybko wychodzi słońce i zaczyna nas rozgrzewać. W Raszkowie robimy małą pauzę, bo na stacji w Ostrowie zatrzymamy się na chwilę dłużej. Jemy tam kiełbachę i pijemy kawę. Potem tylko chwila na Piaskach na zdjęcie i lecimy dalej. Jedziemy sobie bokami do Kalisza. Jest wcześnie, cicho i spokojnie. W Kaliszu zatrzymujemy się znowu na chwilę przed Decathlonem i wracamy do domu. Tym razem w Kucharach odbijamy ze ścieżki rowerowej i do samego Pleszewa jedziemy bokami. Bardzo ładne, spokojne i kręte drogi. Po drodze wzmaga się troszkę wiatr, ale dziś jest przyjemny. Potem jeszcze odprowadzamy Miłosza i wracamy przez miasto do domu żeby dobić do stówy.
Wschód słońca za Pleszewem
Wschód słońca za Pleszewem © tomstar
Wschód słońca za Pleszewem
Wschód słońca za Pleszewem © tomstar
Pauza w Raszkowie
Pauza w Raszkowie © tomstar
Na Piaskach w Ostrowie
Na Piaskach w Ostrowie © tomstar
Słitaśna focia :)
Słitaśna focia :) © tomstar
Przed Decathlonem w Kaliszu
Przed Decathlonem w Kaliszu © tomstar
Droga do Zawidowic
Droga do Zawidowic © tomstar


  • DST 75.91km
  • Czas 03:12
  • VAVG 23.72km/h
  • VMAX 39.42km/h
  • Temperatura 17.0°C
  • Kalorie 1929kcal
  • Podjazdy 531m
  • Sprzęt Giant Roam 2 Disc
  • Aktywność Jazda na rowerze

Nocna siedemdziesiątka

Środa, 13 lipca 2016 · dodano: 14.07.2016 | Komentarze 0

Nie chce mi się spać, dlatego usiadłem do kompa. Właśnie wróciliśmy z Miłoszem z nocnego wypadu. Mieliśmy jechać rano we czwartek na wypad, ale pogoda ma być jutro paskudna, więc padła decyzja o małym, nocnym wypadzie. Umawiamy się a 21. Jadę po Miłosza i lecimy na Ostrów. Jest bardzo ciepło i przyjemnie, zero wiatru. Założyłem bluzę pod spód, ale od razu u Miłosza ją ściągnąłem. Schowałem do plecaka i już nie była mi potrzebna. Jedziemy spokojnie, bo jak wyliczyliśmy Miłosz miał dwa miesiące przerwy od roweru. Jedzie się przyjemnie i spokojnie. Po drodze cały czas sobie rozmawiamy. Pierwszą małą pauzę robimy na rynku w Raszkowie. Potem już dzida do Ostrowa. I tutaj po drodze strzela mi szprycha w tylnym kole. Zrobiła mi się już wczoraj lekka ósemka i miałem iść na centrowanie koła, ale jakoś nie było mi super spieszno. No ale teraz niestety już muszę iść. W związku z tym koło straciło swoją ostatnią okazję na współpracę ze mną i w sierpniu na pewno kupuję nową obręcz i szprychy, tym razem lepsze, na pewno Alexrims lub DT Swiss. W Ostrowie jemy parówę i pijemy kawę. Potem wykręcamy w stronę domu. Mieliśmy jechać jeszcze na Kalisz, ale w związku z pękniętą szprychą stwierdzamy, że nie ma co przesadzać. Po za tym jak po takiej długiej przerwie Miłosz jest trochę zmęczony. Więc wracamy. Po drodze zerwał się jeszcze mocniejszy wiatr, ale już bez przeszkód wróciliśmy do domu.
Rynek w Raszkowie w nocy
Rynek w Raszkowie w nocy © tomstar
My na rynku w Raszkowie w nocy
My na rynku w Raszkowie w nocy © tomstar
Zdjęcie na Piaskach w Ostrowie
Zdjęcie na Piaskach w Ostrowie © tomstar
Nocna droga do domu
Nocna droga do domu © tomstar


  • DST 247.27km
  • Czas 10:47
  • VAVG 22.93km/h
  • VMAX 52.56km/h
  • Temperatura 25.0°C
  • Kalorie 6102kcal
  • Podjazdy 1781m
  • Sprzęt Giant Roam 2 Disc
  • Aktywność Jazda na rowerze

Liberec - dzień 3

Piątek, 6 maja 2016 · dodano: 07.05.2016 | Komentarze 4

Nadszedł czas na powrót. Wstajemy o 5 rano. Ubieramy się i robimy sobie śniadanie. Jak zwykle jajecznica z kiełbasą i kawa. Zawieszamy na rowerach sakwy i szykujemy się do drogi. Od rana bardzo zimno. Mimo, że ma być dzisiaj ponad 20 stopni, to rano w górach bardzo chłodno i mgliście. Zakładamy czapki, rękawice i wiatrówki. Przebijamy się przez poranne miasto i lecimy na trasę w stronę Jawora. Jedzie się źle, bo straszny ruch i dużo tirów. Bardzo szybko się rozbieramy, bo na podjazdach szybko się rozgrzewamy. Na całe szczęście najgorsze podjazdy mamy na początku. Trzeba dojechać do Jawora, a potem będzie już dobrze. Jedziemy trasą do Bolkowa, zatrzymujemy się żeby zrobić zapasy na drogę i odbijamy na Jawor. Bardzo dobrze, bo ruch był za duży. Teraz się uspokaja i lecimy już bez przeszkód. Pogoda jest genialna, robi się coraz cieplej i przede wszystkim bez wiatru. Rafał walczy ze swoimi kolanami, nafaszerował się przeciwbólami, maściami i założył ściągacze, ale kolanka dają mu się we znaki. W Jaworze zastanawiamy się czy nie pojechać inną trasa przez Legnicę i Rawicz, bo mapa pokazuje o 30km mniej, ale nie chcemy ryzykować, bo cała droga trasą krajową i musielibyśmy przebijać się przez dwa duże miasta w sam środek dnia. Jedziemy więc tak samo jak w poprzednią stronę. Zmieniamy tylko odrobinę trasę w jednym miejscu żeby ominąć straszne dziury i kostkę. Potem już dalej na Wołów. Zatrzymujemy się znowu w Lubiążu na pauzę. Niestety kolana Rafała nie chcą współpracować i coraz bardziej bolą. Przejeżdżamy jeszcze kilka kilometrów i na jednym z podjazdów wysiadają już na amen. Rafał stwierdza, że dalsza jazda nie ma sensu, bo nabawi się jeszcze poważnej kontuzji i będzie źle. Nie chce nas także spowalniać i każe nam jechać dalej. Ma zaklepany transport, więc ktoś po niego przyjedzie, ale mimo wszystko ciężko zostawiać przyjaciela na trasie. Chwilę się naradzamy i z bólem serca podejmujemy kolejną męską decyzję. Jedziemy we trójkę dalej, a Rafał spokojnie spacerkiem dojdzie sobie do Wołowa. Transport już po niego jedzie. Mnie kolano także boli jednak nie na tyle mocno żeby przeszkadzało w jeździe, a ból się nie pogłębia, więc jest dobrze. Dojeżdżamy do Wołowa. Standardowa kiełbasa i kawa na stacji oraz zapas energetyków. Wyznaczamy sobie inną drogę do domu. Nie pojedziemy na Milicz, tylko kilka kilometrów przed nim odbijemy na Jutrosin, a do domu wrócimy przez Koźmin. Teraz lecimy już bez przygód, pogoda jest super, nastroje dopisują. Jedziemy na Żmigród, potem w stronę Milicza i odbijamy na wspomniany Jutrosin. Cały czas jesteśmy w kontakcie telefonicznym z Rafałem, który mija nas samochodem na kilka kilometrów przez Sułowem. Wiemy, że bezpiecznie jedzie już do domu. Zmęczenie daje się we znaki, kilometry robią swoje, krótkie noce i zmęczone mięśnie, ale jedziemy. Każdy myśli już o domu. Planujemy być na 22 w Pleszewie. Robimy kolejne pauzy w Jutrosinie, potem chwile przed Koźminem, w Koźminie na kawie i w Dobrzycy. Gdy zaszło słońce zrobiło się chłodno, więc ubieramy się w wiatrówki i zapalamy lampki. Do domu coraz bliżej. Gdy dojeżdżamy do Pleszewa robimy jeszcze pamiątkowa fotkę przy tablicy i każdy leci już do domu. Przy szpitalu żegnamy się z Miłoszem, a na Sienkiewicza z Adamem. O 22:10 jestem w domu. Jestem wykończony, a kolano boli. Chociaż jestem pod wrażeniem ile te nasze nogi wytrzymały na tym wyjeździe. Łącznie zrobiłem 650km przez 3 dni. W tym ponad 7000 metrów podjazdów. Ale najważniejsze, że się udało. O własnych siłach dojechaliśmy w góry, pokonaliśmy je i wróciliśmy pedałując do domu. Wielkie gratulacje dla chłopaków i szacunek za podjęcie wyzwania, bez Was na pewno bym tego nie zrobił. Jesteście wielcy!
Wschód słońca na Jelenią
Wschód słońca na Jelenią © tomstar
 Wschód słońca nad Jelenią Górą
Wschód słońca nad Jelenią Górą © tomstar
Rowery gotowe do drogi
Rowery gotowe do drogi © tomstar
Rowery w świetle wschodzącego słońca
Rowery w świetle wschodzącego słońca © tomstar
Gotowi do powrotu
Gotowi do powrotu © tomstar
Po pierwszym podjeździe, widok na Jelenią
Po pierwszym podjeździe, widok na Jelenią © tomstar
Żegnamy się z Jelenią Górą
Żegnamy się z Jelenią Górą © tomstar
Trasa na Jawor, chłopaki w pędzie
Trasa na Jawor, chłopaki w pędzie © tomstar
Widok w stronę Lubiąża
Widok w stronę Lubiąża © tomstar
Na widoczku
Na widoczku © tomstar
Opactwo cystersów
Opactwo cystersów © tomstar
Przed opactwem w Lubiążu
Przed opactwem w Lubiążu © tomstar
Widoczek za Wołowem
Widoczek za Wołowem © tomstar
Chłopaki
Chłopaki © tomstar
Na pauzie na Żmigrodem
Na pauzie na Żmigrodem © tomstar
Na pauzie
Na pauzie © tomstar
Przed Jutrosinem
Przed Jutrosinem © tomstar
Za Jutrosinem
Za Jutrosinem © tomstar
Selfik musi być
Selfik musi być © tomstar
Zachód słońca przed Koźminem
Zachód słońca przed Koźminem © tomstar
Miłosz w jeździe
Miłosz w jeździe © tomstar
I wszyscy razem
I wszyscy razem © tomstar
Jesteśmy w domu
Jesteśmy w domu © tomstar


  • DST 135.29km
  • Czas 06:25
  • VAVG 21.08km/h
  • VMAX 54.93km/h
  • Temperatura 20.0°C
  • Kalorie 3128kcal
  • Podjazdy 3324m
  • Sprzęt Giant Roam 2 Disc
  • Aktywność Jazda na rowerze

Liberec - dzień 2

Czwartek, 5 maja 2016 · dodano: 07.05.2016 | Komentarze 2

Plan na dziś - zdobyć Liberec. Mieliśmy wstać o 5 rano i o 6 wyruszyć, ale wiedzieliśmy, że po wczorajszym dniu będzie to raczej niemożliwe. Wstaliśmy spokojnie o 6 rano. Powoli się ogarnęliśmy, zrobiliśmy sobie jajecznicę z kiełbasą i kawę, a potem poszliśmy wyczyścić rowery. Sakwy mieliśmy w pokoju, więc dziś powinno się jechać lżej. Po wczorajszym dniu były strasznie ubłocone. Trzeba było wyczyścić ramy, przetrzeć łańcuchy i wszystko porządnie nasmarować. Gdy rowerki gotowe poszliśmy się uszykować. Na całe szczęście dziś ma nie padać. Od rana jeszcze chłodno i chmury, ale pogoda jest bardzo przyjemna. Bierzemy wiatrówki, batony i wodę. Wyjeżdżamy dopiero chwilę po 8. Kierujemy się w stronę Szklarskiej Poręby i dalej do granicy państwa. I od razu zaczynają się podjazdy. Byliśmy na to przygotowani, jednak mimo wszystko, dla nas rowerzystów nizinnych, takie góry to wielkie wyzwanie. Chyba nic nie było w stanie nas przygotować na taką wspinaczkę. Wysiłek rekompensują nam przecudowne widoki. Piękne lasy, potoki i skały. Jedziemy bardzo powoli, ale do przodu. Często się zatrzymujemy żeby zrobić zdjęcia i przy okazji chwilę odpocząć. Dojeżdżamy do Szklarskiej, odpoczywamy chwilę dłużej i wspinamy się dalej. Bardzo, bardzo powoli dokulaliśmy się do granicy. Podjazd od hotelu do tego miejsca miał 20km! Cały czas się wspinaliśmy. Jechaliśmy pod górę nieustannie przez 20km. Szok. Na granicy dopiero widzimy, że droga prowadzi w dół. Oczywiście tutaj się zatrzymujemy żeby uwiecznić chwilę przekroczenia rowerami granicy. Pstrykamy fotki pod polską i czeską tablicą. Wsiadamy na rowery i dzida w dół. Zjazd jest rewelacyjny. Na liczniku od razu prędkość 50-60km/h. Jednak trzeba uważać, bo ruch duży i co chwila zdradzieckie zakręty. Palce cały czas w gotowości na hamulcach. Tym bardzo długim zjazdem dojeżdżamy praktycznie do samego Harrachova. Zatrzymujemy się przy potoku i wysokim moście, robimy fotę i jedziemy dalej. Zaczyna się kolejny duży podjazd. Może nie jest taki długi ale o wiele bardziej stromy. Niestety w połowie Miłosz stwierdza, że jest już wykończony. Ledwo co wjeżdżamy na szczyt. Tutaj robimy naradę. Niestety Miłosz stwierdza, że do Liberca nie dojedzie. Mamy przed sobą jeszcze 40km, ale oczywiście trzeba jeszcze wrócić. Męska decyzja. Wojtek postanawia wrócić z Miłoszem do Harrachova, odpocząć tam, pozwiedzać i wrócić do domu. Zdrowy rozsądek zwycięża, bo zmęczenie i możliwość złapania poważniej kontuzji może zniszczyć plany i skomplikować powrót. Ja z Baką jedziemy dalej. Żegnamy się i ruszamy. Duży podjazd okazał się ostatnim takim w drodze do Liberca. Mamy piękną serpentynę na dół aż do samego Jablonca, a potem tylko spokojne, krótkie podjazdy. W Jabloncu robimy zakupy na stacji. Mimo bariery językowej spokojnie się dogadujemy. Czesi są bardzo mili i serdeczni. Po drodze mijamy wielu rowerzystów, którzy nas pozdrawiają czeskim "Ahoj". Ruszamy, omijamy główną drogę i bokiem kierujemy się na Liberec. Dojeżdżamy do niego zaskakująco szybko, bo aż zdziwiliśmy się gdy minęliśmy tablicę miasta. Zatrzymaliśmy się i zawróciliśmy żeby zrobić sobie zdjęcie. Teraz zaczyna się ruchliwe miasto, światła, tramwaje i auta. Jedziemy prosto, główną drogą i kierujemy się po znakach do centrum. Trochę kluczymy po Libercu i gdy już stwierdzamy, że zrobimy sobie zdjęcie byle gdzie i wracamy, trafiamy na starówkę. Wjeżdżamy na przepiękny rynek. Pogoda zrobiła nam się w międzyczasie świetna, jest ciepło i słonecznie. Siadamy przy fontannie na rynku i odpoczywamy. Miasto jest  piękne, bardzo ładny ratusz i fontanna. Zrobiliśmy kilka fotek i jeszcze chwilę posiedzieliśmy. Byłem w fantastycznym nastroju. Mimo świadomości trudnego powrotu rozpierała mnie duma, że w końcu udało mi się osiągnąć cel i siedzę na rynku w Libercu. Nie ma co, na zegarku 14, więc czas wracać. Sam wyjazd z miasta i droga do Jablonca jest w miarę łatwa, jedzie się dobrze, a podjazdy nie są takie straszne. W pewnym momencie mamy jeszcze bardzo szybki i długi zjazd. Przez chwilę zaczyna nawet padać, ale to tylko mały deszczyk, może 5 minut i za chwilę znowu wychodzi słońce. Teraz się zaczyna. Pierwszy z dwóch najgorszych podjazdów. Wspinamy się bardzo powoli. Ten podjazd musimy brać na dwa razy, bo brakuje nam w pewnych momentach sił. Gdy dojeżdżamy na górę padamy z sił. Jesteśmy w miejscu, w którym rozstaliśmy się z chłopakami. Ale nie robimy pauzy, bo wiemy, że teraz czeka nas długi zjazd i odpoczniemy na rowerach. Lecimy znowu ponad 50km/h. Szybko zjeżdżamy na dół i rozpoczynamy drugi, duży podjazd. Jesteśmy już zmęczeni, ale w głowie cały czas mamy świadomość, że w nagrodę do domu poprowadzi nas 20km zjazdu. Wspinamy się do granicy i ruszamy w dół. Hamulce się gotują, bo cały czas lekko hamuję, żeby za bardzo się nie rozpędzić, bo na każdym zakręcie można wylecieć z drogi. W połowie zatrzymujemy się na chwilę w Szklarskiej, żeby kupić pamiątki i lecimy dalej. Mamy fantastyczny czas, bo o 17:30 jesteśmy już w domu. Nie spodziewałem się, że tak dobrze nam pójdzie. Tym bardziej, że poprzedni dzień dał nam mocno w kość. Trochę zaczęło boleć mnie kolano, ale nie na tyle, żeby się tym niepokoić. Chłopaki są już na miejscu, wykąpani i po zakupach. Zwiedzili sobie Harrachov, wodospady, skocznię i kupili Krecika. Do kolacji mamy jeszcze dwie godziny, więc spokojnie się kapiemy, pijemy kawę i odpoczywamy. Po kolacji pakujemy się i szykujemy, bo o 6 rano chcemy wyjechać w drogę powrotną do domu.
Na starcie przed hotelem
Na starcie przed hotelem © tomstar
Na podjeżdzie przy potoku
Na podjeżdzie przy potoku © tomstar
Górski potok
Górski potok © tomstar
Giant w górach
Giant w górach © tomstar
Skały
Skały © tomstar
W Szklarkiej Porębie
W Szklarskiej Porębie © tomstar
Szklarska Poręba
Szklarska Poręba © tomstar
Szklarska Poręba
Szklarska Poręba © tomstar
Na kolejnej przerwie
Na kolejnej przerwie © tomstar
Podjazd
Podjazd © tomstar
Granica Polski
Granica Polski © tomstar
Granica Czech
Granica Czech © tomstar
Mast po zjeździe przed Harrachovem
Most po zjeździe przed Harrachovem © tomstar
Przed Harrachovem
Przed Harrachovem © tomstar
Na stacji w Jabloncu
Na stacji w Jabloncu © tomstar
Panorama Liberca
Panorama Liberca © tomstar
Przy tablicy Liberec
Przy tablicy Liberec © tomstar
Przy tablicy Liberec z Baką
Przy tablicy Liberec z Baką © tomstar
Na rynku w Libercu
Na rynku w Libercu © tomstar
Ratusz w Libercu
Ratusz w Libercu © tomstar
Przed fontanną w Libercu
Przed fontanną w Libercu © tomstar
Giant w Libercu
Giant w Libercu © tomstar
Morderczy podjazd
Morderczy podjazd © tomstar
Widok na serpentynę
Widok na serpentynę © tomstar
Piękne widoki za Jabloncem
Piękne widoki za Jabloncem © tomstar
Za Jabloncem
Za Jabloncem © tomstar
W hotelu, widok z okna
W hotelu, widok z okna © tomstar